niedziela, 29 stycznia 2012

   Poniżej podaję przepis na sos beszamelowy do lasagni rybnej. Oczywiście można go używać do innych potraw, w których wykorzystuje się beszamel. Do wszelkiej maści zapiekanek, zapiekanych ryb, lasagni klasycznej, lub tej ze szpinakiem.Możliwości jest wiele. Można także, w zależności od dania, doprawić go za każdym razem nieco inaczej.

Sos przygotowuję zawsze według przepisu Julii Child z książki "Gotuj z Julią". Uwielbiam tę książkę, uważam, że trzeba poświęcić jej osobny wpis. Nie jest to klasyczna książka kucharska, lecz podaje wiele pomysłów i rozwiązań pomagających w codziennym gotowaniu.

Oczywiście, na marginesach, mam ołówkiem zapisane mnóstwo własnych uwag, propozycje włąsnych przypraw i pomysłów. Sprawia to, że w mojej kuchni pachnie niesamowicie, a zapach niejednokrotnie przyciąga sąsiadów :))))

Zapraszam na sos.

Beszamel:

Średnio gęsty, przepis na mniej więcej 2 szkl.

2 łyżki masła (niesolonego)

3 łyżki mąki

2 szkl gorącego mleka

sól, świerzo mielony biały pieprz

szczypta gałki muszkatołowej

Na patelni o grubym dnie roztopić masło, dodać mąkę, i cały czas mieszając drewnianą łyżką, smażyć przez 2 minuty, aż masło i mąka lekko się spienią i nabiorą maślanożółtego koloru. Zdjąć z ognia. Gdy sos przestanie wrzeć dolać gorące mleko i roztrzepać energicznie. Ubijając, doprowadzić do wrzenia. Gotować na wolnym ogniu przez trzy minuty, ciągle mieszając. Doprawić do smaku.

Gdy używam go do lasagni rybnej dodaję odrobinę cząbru lub estragonu.

czwartek, 26 stycznia 2012

  

Czy także macie tak, że najpierw zbieracie setki książek kucharskich, przeglądacie w kółko i naokoło, a potem upychacie po kątach i zapominacie o nich. Następnie przychodzi okres blogów kulinarnych, dodajecie setki zakładek z ciekawymi przepisami, zaśmiecanie  twarde dyski laptopów, po czym przepisy oczekują w zapomnieniu na lepsze czasy....

   Aż w końcu nadchodzi pora na odkurzenie zapasów. Nuda w życiu lub kuchni, trochę więcej czasu, sięgacie po interesujące receptury, testujecie, pichcicie, gotujecie.... I przechodzicie na dietę :)))

Nie, nie jestem złośliwa. Mam kilogramy książek kucharskich, w zakładkach nie potrafię niczego znaleźć, a folderów z przepisami, które trudno zakwalifikować, nie potrafię policzyć. Do tego znajomi wciąż coś podrzucają, książkę, stronę, ciekawy pomysł... chcę to wszystko wypróbować, chcę zamknąć się w kuchni i zapomnieć o wszystkim innym.... ale chcę też zachować dobrą figurę.

   Dlatego postawiłam przed sobą założenie: trzy przepisy w ciągu tygodnia. Przez najbliższe pół roku żadne danie nie może się u mnie powtórzyć. No, powiedzmy, oprócz suschi, pierogów i gołąbków, które moja rodzina nałogowo uwielbia. Ale i to można przygotować na wiele różnych sposobów. Będzie tym trudniej, iż sześcioletnie dziecko jest konserwatywne w smakach a ja żywię się zgodnie z grupą krwi :)))

Spróbujemy....

Ciasto marchewkowe już było. Teraz będzie orzechowe i trufelki, w weekend zupka carry i suschi na romantyczny (mam nadzieję) wieczór, a na obiad rolada z polędwiczki nadziewana szpinakiem :))). Dla dziecka nieśmiertelny rosół, który posłuży jako bulion do gotowania polędwicy. I wino. Też do gotowania. Został nawyk z fascynacji kuchnią francuską (którą to uwielbiam do dziś dnia i uważam, że wiele potraw zyskuje na smaku, jeśli przygotować je właśnie w ten sposób).

A teraz przygotowuję kuchnię pod trufelki.

poniedziałek, 23 stycznia 2012

   Kolejny szary i listopadowy dzień. Pogoda w niczym nie przypomina zimowej scenerii. Widok za oknem nie zachęca do niczego innego jak tylko zakopania się w domu pod kocem z dobrą książką i domowym ciastem. Już wczoraj miałam na nie ochotę.... ale przy pracochłonnej lasagni brakło czasu. Więc dziś. Pieczemy.

Ciasto marchewkowe z korzenną nutą.... Proste, pyszne, niezwykle proste. Uwielbiam je. Piekłam je często, gdy moje dziecko było na diecie wysokobłonnikowej. Zastępowało słodkie małe co nieco. Wprowadzałam mnóstwo ulepszeń.... Dodawałam otręby, miód, płatki, bakalie... Pomimo wielu eksperymentów nigdy nie udało mi się go zepsuć.

Zapraszam do wypróbowania. Zachęcam do tworzenia własnych wersji...

Przepis i zdjęcia wieczorem :))

niedziela, 22 stycznia 2012

   Aromatyczny, delikatnie winny sos i gruba pierzynka przypieczonego wierzchem sera działa cuda :))) Nawet takiego pochmurnego i deszczowego dnia jak dziś. Co to niby zima w kalendarzu, a za oknem listopad i wyjść się nie chce i siedzieć w domu też nie.... Niezawodnie wszystkich do kuchni przygna zapach obiadu, a wtedy już, gdy garnek w piekarniku, czas oczekiwania spędzamy na pogaduchach przy ciepłej herbacie :))

A na koniec coś słodkiego... pyszny, szybki deserek.

lasagne

Lasagne:

2 cebule

2 ząbki czosnku

1 paczka mielonego chudego mięsa

1 karton przecieru pomidorowego

1/2 szkl wina półwytrawnego

ser żółty i mozzarella

9 płatów lasagne

sól, pieprz, łyżeczka oregano, pół łyżeczki papryki słodkiej, dwie łyżki śmietany do zup

 

Cebulę drobno posiekać, podsmażyć na łyżce oliwy razem z przeciśniętym przez praskę czosnkiem. Dodać mięso, rozbić widelcem i smażyć kilka minut.

Dodać przyprawy, osolić do smaku, zalać winem, przecierem pomidorowym, dusić do odparowania sosu. Płaty lasagne obgotować 4 minuty w osolonym wrzątku, przekładać z sosem według klucza: makaron, sos, starty żółty ser lub mozzarella. Ostatnią warstwę powinien stanowić makaron. Posmarować śmietaną, wstawić na godzinę do nagrzanego piekarnika bez przykrycia. Pod koniec zapiekania posypać startym serem.

 

 

 

Śmietanowa galaretka:

1 opakowanie galaretki

1 jogurt typu greckiego

2 łyżki żelatyny

owoce ze słoika lub świeże, lub dżem owocowy

Galaretkę przygotować wg przepisu na opakowaniu używając nieco mniejszej ilości wody. Pozostawić do tężenia.Gdy galaretka zastygnie posiekać nożem. Na dno pucharków nałożyć owoce, przybrać galaretką. Jogurt roztrzepać z niewielką ilością cukru, można dodać esencji waniliowej do smaku. Żelatynę namoczyć w niewielkiej ilości zimnej wody, gdy napęcznieje zalać kilkoma łyżeczkami gorącej wody. Rozpuszczoną dodać do jogurtu.  Tak przygotowaną masą zalać galaretkę. Można przybrać owocami lub galaretką, wstawić do lodówki na godzinę.

Smacznego.

czwartek, 12 stycznia 2012

   Kiedyś byłam święcie przekonana, że nigdy nie nauczę się, a tym bardziej nie polubię, mieszkania w bloku, kamienicy czy choćby w domku wielorodzinnym. Myślałam tak jeszcze dwa lata temu, gdy w moim Wielkim mieście pierwsze poranki zaczynałam o świcie wraz z odkręcaną wodą w kranie u sąsiadów...

Przez te dwa lata przywykłam. Pokochałam odgłosy, gdy szary świt budzi się ze snu, a postacie i gwar ożywa. Wiem o której wraca sąsiadka z pracy, o której kładą się spać i o której wstają studenci wynajmujący mieszkanie pośrodku korytarza. Wiem, gdy do kogoś przychodzą goście, gdy ktoś płacze, kłóci się, ogląda telewizor, robi herbatę, nastawia pralkę, odkurza....

Odgłosy te stały się już stałym elementem codzienności, weszły w rytm dni tak bardzo, że przestaje się zwracać na nie uwagę. Mieszkamy wśród ludzi i uważam, że powinniśmy być wobec siebie wyrozumiali tak samo, jak wyrozumiali jesteśmy wobec naszych domowników.

   Nie jestem jeszcze aż tak stara, aby przeszkadzał mi hałas u sąsiadów czy na klatce. Nawet po 22. Nawet w godzinach nocnych. Nie wypadam z rozwianym włosem, obłędem w oczach i nie robię dzikiej awantury na pół kamienicy, gdy o pierwszej w nocy sąsiedzi nadal głośno imprezują. Nie stukam jak szalona do drzwi, aby się uciszyli. Nie dzwonię na policję ani nie robię stu innych rzeczy w celu uprzykrzenia zabawy sąsiadom. Nie proszę nawet grzecznie aby byli nieco ciszej.

Nie, nie robię żadnej z tych rzeczy.

Uważam, że każdy ma prawo od czasu do czasu na odrobinę rozrywki. Na odrobinę głośniejsze zachowanie. Na odrobinę głośniejszą muzykę i krzyki na klatce nawet do białego rana.

Od czasu do czasu.

Bądźmy ludźmi.

   Którejś nocy, gdyż nie odbywało się to w dzień, przetrwałam sąsiedzką imprezę do trzeciej rano. Koło trzeciej, zasypiając, w pół majaku, słyszałam jeszcze podniesione głosy i monotonne dźwięki muzyki dobiegające zza ściany. Proszę mi wierzyć, gdy mój budzik, zwykły budzik z telefonu komórkowego, zadzwonił za piętnaście siódma, nie potrafiłam wychylić ręki spod kołdry, aby go wyłączyć. Słyszałam jego ciche "pipip, pipip, pipip...". Ale byłam tak zmęczona, że postanowiłam je przeczekać. Powieki nie chciały się otworzyć, a ciało poruszyć. W głowie wciąż dudnił hałas....

Gdy budzik włączył się po raz drugi i nim zdążyłam zareagować, z łóżka poderwało mnie szaleńcze walenie do drzwi. Wyskoczyłam z sercem na ramieniu, potykając się o kapcie i stołki, z myślą, że stało się coś bardzo strasznego, wyjrzałam przez wizjer.

Na korytarzu nikogo nie było. Serce jeszcze się nie uspokoiło, gdy ja zaczęłam się zastanawiać, czy to nie była końcówka jakiegoś snu dziwnego.... trudnego do zapamiętania. Zapaliłam papierosa, pozbierałam się do pracy. Gdy już wychodziłam z domu, znalazłam wsuniętą pod drzwi maleńką karteczkę, napisaną przez sąsiadkę od imprezy o takiej oto treści: "Bardzo proszę tak wcześnie i tak głośno nie włączać budzika, budzi pani pół kamienicy, to skandal".

......

Przemilczałam, przeszłam nad tym do porządku dziennego. Wieczorami znowu wsłuchiwałam się w odgłosy pralki dobiegające zza ściany. Leżąc w łóżku stawałam się anonimowym świadkiem małżeńskich kłótni sąsiadów, czasami budził mnie ich głośniejszy głos, film oglądany do późna w nocy. Rano budziło mnie zamykanie drzwi w mieszkaniu obok, odgłos ekspresu do kawy.... Nasz mały świat wrócił do normy.

Dwa dni temu, jak każdego ranka, w ciągu ostatnich tygodni, miesięcy, za piętnaście siódma rano, zadzwonił mój budzik. Ciche, monotonne "pipip, pipip, pipip...". Wyciągnęłam rękę spod kołdry....

Z łóżka wyrwało mnie szaleńcze walenie do drzwi. Wyskoczyłam jak oparzona, dopadłam klamki.... sąsiadka nie zdążyła wejść do mieszkania. Minę miała przerażoną, jak małe dziecko złapane na bardzo złej i brzydkiej psocie. Jak małe dziecko, które doskonale wie, że postąpiło bardzo nieładnie. Które doskonale wie, że tak się nie robi.

"Czy mogła by pani nie nastawiać tak wcześnie budzika...." - wyjąkała z trudem.

Była za piętnaście siódma rano. Wstawałam do pracy. Nie imprezowałam do trzeciej, czwartej w nocy. Nie zmuszałam nikogo do wysłuchiwania moich kłótni z mężem, gdy leżał w łóżku marząc o śnie... Nie oglądałam w nocy telewizji, nie odkurzałam nad ranem, nie robiłam prania gdy nie mogłam spać. Nie śpiewałam pijana na klatce schodowej. Nie robiłam żadnej z tych rzeczy. Ja tylko włączyłam po cichu budzik. Nie. Ja tylko chciałam wyjść do pracy. Ja tylko chciałam wstać za piętnaście siódma rano.

Bądźmy wyrozumiali.

wtorek, 10 stycznia 2012

Spojrzałam na półeczkę z książkami.

Nazbierało się tego trochę. Przez lata, przez miesiące podczas których kochałam każdą literkę, a zapach kartek papieru przyprawiał o dreszcz rozkoszy. Tutaj mam tylko trzy półki z książkami, więcej ma ich Moje Dziecko Kochane. Ale w Starym Domu, ze starego życia. Było tego sporo.

Jeszcze nie tak dawno temu upychałam wielkie tomiszcza i maleńkie broszurki po każdym kącie. Upychałam pieczołowicie, z namaszczeniem segregując, z miłością odkładając, biorąc w dłonie i układając w kartonach.

Nazbierało się tego trochę. Książek, które towarzyszyły mi w ważnych chwilach,  bólu, radości, śmiechu i smutku. Uzbierało się ich całe kilogramy, setki gramów wzruszeń, łez i śmiechu. Kilometry słów - przyjaciół.

Dawno ich nie przeglądałam, nie układałam, o niektórych już nie pamiętam. Stoją, jak zapomniani przyjaciele, wiernie czekają na moje pięć minut czasu dla nich, na mój przebłysk tęsknoty, na echo dawnych opowieści. Część z nich poszła do ludzi, tam zawierając nowe przyjaźnie, tam szukając sobie słuchaczy - przemawia.

    A mnie znowu wołają, nęcą z półki, pożółkłymi kartkami przywołują - chodź.... Znowu czarują swym zapachem, usypiają, przenoszą poza byt tutejszy...

Muszę przejrzeć moją półkę z książkami. I zostawić na niej te, które naprawdę chcę przeczytać....

Staropolskie żeberka w śmietanie. Zniknęły, zanim zdążyłam zrobić zdjęcia. Potrawa jest pyszna, łatwa i aromatyczna. Coś sycącego w sam raz na zimowe dnie.

 

2 kg żeberek

1/2 szkl białego półwytrawnego wina

1/2 szkl gęstej śmietany do zup i sosów

sól, pieprz, nasiona kopru włoskiego i mielony kminek

2 średnie cebule

 

Żeberka umyć, podzielić na mniejsze płaty, natrzeć solą, pieprzem i kminkiem, po czy odstawić na dwie godziny do lodówki.

Ułożyć w naczyniu żaroodpornym, podlać trzema łyżkami wody i zapiekać ok 40 min pod przykryciem.

Wino roztrzepać ze śmietaną, cebulę pokroić w piórka. Z naczynia z żeberkami zdjąć pokrywkę, wrzucić cebulę, posypać nasionami kopru, zalać winem roztrzepanym ze śmietaną. Zapiekać już bez przykrycia aż mięso będzie odchodzić od kości, a sos się zetnie. Do sosu dobrze dodać mała łyżeczkę mąki. Podawać w naczyniu, w którym się zapiekało z kaszą, tłuczonymi ziemniakami i surówkami sezonowymi.

 

Proste i pyszne, polecam.

sobota, 07 stycznia 2012

   Ileż to razy słyszę: nie będę palić, nie będę jeść słodyczy, nie będę krzyczeć na dziecko.....Będę: miła dla męża/sąsiadki/matki, systematycznie robić pranie, gotować zdrowe posiłki. Od jutra: odchudzam się, rzucam papierosy, uczę się angielskiego/robótek ręcznych/układania kwiatów, zapiszę się na fitness, tańce, skoki spadochronowe, do szkoły....

Ileż postanowień jest wypowiadanych - na głos czy też nie - o tej magicznej godzinie w jedną magiczną noc.

Ileż z tych postanowień przetrwało do dziś. :)

Czy ktoś nadal z rozpędu gotuje zdrowe potrawy, nie je słodyczy, nie pali papierosów i jest miły dla męża nawet w sytuacji, gdy ten postanowił zrobić pranie i do naszych pięknych białych bluzek zaplątał granatowe gimnastyczne gatki dziecka :))) Pocieszającym pozostaje fakt, że gatkom nic się nie stało.

Czy ktoś nadal tkwi w postanowieniach noworocznych?

Ja tak.

Patrząc z A przez okno na kaskadę fajerwerków, sztucznych ogni i dławiącego dymu; patrząc przez okno na przerażonych mężczyzn i roześmiane dzieci, nasze dzieci - obiecałyśmy być dobre. Dobre dla samych siebie.

Palić, jeśli to nam sprawia przyjemność. Jeść słodycze, ponieważ czekolada poprawia samopoczucie. Gotować pyszne rzeczy, w imię zasady: Polak głodny to Polak zły. Kruszyć w łóżku do upadłego okruszkami z pysznych bułeczek z niezdrowego białego pieczywa. Pić na ile będziemy miały ochotę. Mówić NIE bez wyrzutów sumienia, zawsze wtedy, gdy chcemy to powiedzieć, a powstrzymujemy się, gdyż nie wypada. Nie katować się ćwiczeniami a dla przyjemności i babskiego towarzystwa biegać na zajęcia fitness, obżerając się po batonikami i paczkami czipsów.

Bez wyrzutów sumienia kupować farbę do włosów pokrywającą pierwsze objawy siwizny, kremy przeciwzmarszczkowe i płatki kolagenowe pod oczy. Bez wyrzutów sumienia nakładać na twarz kolejne warstwy kosmetyków, oczy podkreślać kreską a usta pomadką. Bez wyrzutów sumienia piłować paznokcie, patrząc na stertę niewyprasowanego prania. Płakać na melodramatach i śmiać się na komediach romantycznych. Bez wyrzutów sumienia obudzić kogoś w środku nocy zawsze wtedy, gdy mamy ochotę na rozmowę. Bez wyrzutów sumienia prosić o to czego potrzebujemy, czego chcemy i o to, co nam sprawia przyjemność.

Zabawne, że po tygodniu tak egoistycznego spojrzenia na świat moje dziecko powiedziało: mamo, kocham Cię. Jesteś najradośniejszą matką pod  słońcem.

P.S. A papierosy rzucę. Nie w imię postanowienia noworocznego, ale dlatego, że mi niszczą cerę :))))

piątek, 06 stycznia 2012

Lubię kuchnię staropolską :)) Nic na to ie poradzę, że lubię tradycyjne potrawy. Owszem, kuchnie innych narodów, kuchnia fusion, fascynują mnie, chciała bym nauczyć się tak gotować.... Jednak. Najlepiej czuję się w kuchni przygotowując konkretny posiłek. Kawałek pysznego, kruchego i parującego mięsa, wyborny dodatek i tłuczone ziemniaki z masłem.

Siostra MM mawia, że u mnie na obiad zawsze chętnie i że uwielbia moją kuchnię. A mnie fascynuje Jej zupa miso, sushi, kulki z ryżu, sałatka żydowska z ryżu i ajerkoniak. Najlepsze co mi ostatnio wchodzi, to właśnie ten ajerkoniaczek :)))

Wszystko dobrze i fajnie, jutro jest sobota i wypada coś dobrego ugotować. Wybór padł na staropolskie żeberka w śmietanie :))) A w niedzielę ryba na parze, kluski śląskie i sos holenderski :)))

Uwielbiam kuchnię francuską. Jej trzy główne składniki to masło, masło i wino :))) Uwielbiam kuchnię francuską według Julii Child. Nadal nie mam czasu na dokończenie jej biografii, ale czytając, aż ślinka leci.

Więc jutro żeberka. Czujecie już ten zapach ?? :)))))

Kontakt morrigandor@gmail.com
Top Blogi Mikser Kulinarny - blogi kulinarne i wyszukiwarka przepisów Durszlak.pl