czwartek, 25 sierpnia 2011

   Powinnam mieć to zakazane, ale nie wytrzymałam i odwiedziłam księgarnię allegro. Ogarnął mnie szał zakupów. Nie potrafiłam się pohamować, po prostu musiałam coś kupić. Uwielbiam książki. Ich zapach, szelest kartek, szorstkość kartek, śliskość kartek... Po prostu je kocham.

Uwielbiam buszować w księgarni. Przymierzać się do powieści, smakować ją powoli, zastanawiać się, czym mnie może zaskoczyć. A gdy już którąś upragnioną zakupię, niecierpliwie otwieram, przerzucam po kilka kartek i zanim zasiądę do  całości, czytam fragmentami.

Kocham książki, są moją jedyną, stałą, nabytą miłością. Kochałam je już jako dziecko, ale dla moich rodziców i moich dziadków był to zupełnie zbędny wydatek. Ja wydawałam na nie każą złotówkę jaka tylko mi wpadła w ręce. Moja Córka będzie mieć zasobną bibliotekę.

   Często wracam do książki po raz drugi, niekiedy i trzeci, czwarty. Za każdym razem odkrywam w nich nowe smaki, kolory, nowe słowa, nowy sens wypowiedzi.

   Niestety, najczęściej moje niekontrolowane zakupy zostają odłożone na półkę i bardzo długo czekają na swoją kolej na mojej liście lektur. Zwyczajnie, nie mam czasu na czytanie. Smutne i realne.

 

   Ale tym razem pokusiłam się tylko o jedną, jedyną książkę. Biografię Julii Child.A właściwie autobiografię lat spędzonych w Paryżu, które - jak sama pisze - należą do najlepszych w jej życiu. Ale tam też narodziła się Jej legenda. Legenda Julii Child.

Moje życie we Francji

   Pasjonuje mnie Jej optymizm, radość, którą zaraża wszystkich wokół, miłość do męża, a przede wszystkim, umiłowanie kuchni i jedzenia.

A oto kilka opinii na temat książki:

Są ludzie, którzy ponad wszystko kochają życie, a ich radość jest zaraźliwa i inspirująca. Taka była Julia Child.

 

   Kobieta o niezwykłej pasji, która poznawszy we Francji tajniki sztuki kulinarnej, pokazała ludziom, że radość życia tkwi w codzienności: w zapachu domowego ciasta, kolacji zjedzonej z najbliższymi, wypitej na balkonie kawie, czy smaku świeżo upieczonego chleba. Bo tak smakuje... życie.

 

   Czuję się w obowiązku ostrzec potencjalnych czytelników: to nie jest lektura na pusty żołądek. Bon appetit !!

 

Jakież to szczęście i radość, że mogłam mieszkać we Francji i potem napisać o tym. Mam nadzieję, że lektura książki przyniesie Wam taką samą radość, jaką przyniosło je pisanie... !

 

   Zabieram się więc z niecierpliwością do lektury.

środa, 24 sierpnia 2011

   Najpierw taka refleksja.

   Dlaczego nie podaję proporcji. Nie podaję, ponieważ ich nie mam. Gotuję na smak, na zapach, na konsystencję. Na wyczucie. Jeśli trzeba doleję wody, jeśli potrzeba podsypię mąki. Proporcje nie mogą być sztywne. Jedyny wyjątek to ciasta. Ale w innym przypadku.... Może dla kogoś pół łyżeczki soli to będzie za mało, a dla kogoś innego za dużo. Dodajemy do smaku, dla nas, dla naszego zadowolenia i naszych pomruków przy pysznym posiłku. Nigdy więc nie trzymam się proporcji. To nie jest książka kucharska. To moje kucharzenie.

małopolski krupnik jaglany

   Jest to jedna z naszych ulubionych zup. Robię ją, jak większość z nas robi pomidorówkę, na drugi dzień po rosole. Gotuję kaszę jaglaną w proporcji 1:1,2 kasz/woda. Lekko oczywiście osalając i ze szczyptą masła. Tak, aby była sypka. Warzywa z rosołu kroję w maleńką kosteczkę, wrzucam do garnka, zagotowuję. Dodaję, jeśli jeszcze zostało, poszarpane mięsko z rosołu, dwa, trzy ziemniaczki pokrojone w kostkę i ugotowaną kaszę. Doprawiać za bardzo nie trzeba, gdyż rosół sam w sobie jest esencjonalny. Należy jedynie próbować, ziemniaczki mogą wciągnąć sól. Wtedy dodaję odrobinę soli, vegety, magi, czy co kto lubi. Albo zostawiam taki, ponieważ na koniec zupę posypuję obficie koperkiem, co także zaostrza smak.

Gdy ziemniaki są już miękkie, zabielam zupę kwaśną śmietaną roztrzepaną z jednym żółtkiem. Nie żałuję kopru, ewentualnie doprawiam pieprzem, lubczykiem ogrodowym, dla smaku.

wtorek, 23 sierpnia 2011

   Szukałam, szukałam, szukałam. Trudno jednak o jakiś ciekawy i sensowny przepis na podroby drobiowe. W Kuchni Polskiej Łebkowskiego są podane po prostu w sosie koperkowym albo białym. Mało zachęcające. Ale bardzo dokładnie opisane samo przygotowanie, z którego to korzystałam. Po innych książkach nie znalazłam nic. W necie oczywiście sporo stron było mylących a ja nie miałam aż tyle czasu aby je wszystkie przeglądać.

   Uznałam więc, że własna inwencja, umiejętności i wyczucie smaku będą doskonałą książką kucharską. Nie pomyliłam się. Wyszły pyszne.

 

Żołądki drobiowe w potrawce

   Żołądki należy najpierw dobrze oczyścić, umyć, usunąć wszelkie pozostawione błony i "niteczki" nieapetyczne, następnie sparzyć wrzątkiem, zagotować, odcedzić i ponownie opłukać.

Zalać zimną wodą, dodać listek laurowy, ziele angielskie, kilka ziarenek pieprzu, małą marchew i kawałeczek selera. Po zagotowaniu osolić oraz dodać kostkę rosołową.

Gotujemy do miękkości.

Ugotowane żołądki odcedzamy, drobno kroimy. W rondelku roztapiamy łyżeczkę masła, na tym dusimy pokrojoną w kostkę marchew z groszkiem. Proporcja oraz ilość w zależności od upodobań i ilości mięsa. Można użyć gotowej mrożonej mieszanki marchew z groszkiem. Moja rodzina bardzo lubi te dwa warzywa. Ja na porcję ok 400g żołądków wykorzystałam jedną paczkę mrożonki. Warzywa oprószamy delikatnie vegetą.

Do warzyw dodajemy także mały korzeń pietruszki pokrojony w drobną kostkę oraz mała łodyżkę selera naciowego (niekoniecznie). Gdy warzywa będą już lekko zrumienione, dodajemy pokrojone żołądki, zalewamy wodą, tak aby tylko przykryła składniki, wrzucamy dwa liście laurowe, ziele angielskie, kostkę rosołową. Należy uważać z solą, gdyż mięso wcześniej było osolone. Gotujemy do miękkości warzyw często mieszając. Ma być gęste, bardziej pod potrawkę, nie sos.

Na koniec zagęszczamy łyżką mąki roztrzepanej ze słodką śmietaną, doprawiamy solą, pieprzem, lubczykiem oraz posypujemy obficie koperkiem.Można dodać nieco tymianku, zmieni od odrobinę smak potrawy, ale jako przyprawa do drobiu pasuje znakomicie.

Ja podawałam z kaszą gryczaną niepaloną, ale ładnie połączy się zarówno z ziemniakami jak i ryżem.

Smacznego życzę.

piątek, 19 sierpnia 2011

Mam chwilę przerwy, wykorzystuję więc ją na pisanie. A właściwie najpierw na netowanie. :) Jak zwykle planuję gotowanie weekendowe i bardzo chciała bym zrobić w końcu Julii Child Boeuf Bourguignonne. Problem leży w tym, że choć przepis i posiadam, to jednak brakuje mi naczynia do gotowania. Gulasz powinno się zapiekać  - według oryginalnego przepisu. A ja właśnie taki chcę zrobić.... Myślałam i myślałam.... Moja kuchnia skromna nie posiada jeszcze w swojej ofercie odpowiedniego garnka. Otworzyłam więc przeglądarkę... Spójrzcie, jakie cudo udało mi się znaleźć. :) 

I jeszcze jedno w innym kolorze :)

   Zachęcają do zakupu.

Tak więc jestem pewna, że najdalej za miesiąc, zaproszę kogoś ze znajomych na pachnący obiad w stylu Julii Child, podany w moim nowym nabytku.

   A poza wszystkim powiem, że bardzo lubię Julię, inspiruje mnie, gdyż gotowała z radością i pasją, czego nam, współczesnym kobietom, bardzo brakuje.

Czego sobie i wszystkim życzę. :)

środa, 17 sierpnia 2011

Budzę się.

Podnoszę leniwie rękę, odchylam zasłonę. Najczęściej jest szaro, słońce dopiero budzi się ze mną. Albo po mnie. Otwieram szerzej okno, w rannym powietrzu unosi się jeszcze zapach snu. Pachnie tak przejmująco, zachęca do sennego powrotu w krainę wyobraźni, letargu, krainę błogostanu... Na chwilę przymknąć oczy, zatopić się w miękkie obłoki pościeli, otulić zapachem nieświadomości. ...

Budzik dzwoni po raz drugi.

Otwieram szerzej oczy. Zmuszam się do odchylenia kołdry. Sunę do ekspresu i pstrykam magiczny guziczek :) Po chwili zapach kofeiny oznajmia, że mój dzień się zaczyna. ) Upijam łyk gorącej pianki, dolewam mleko, przymykam oczy i jeszcze przez chwilę mam świat tylko dla siebie.

Po sekundzie, a może minucie, słyszę odgłos budzących się do życia murów starej kamienicy, gwizdek czajnika, stukot butów sąsiada, szczeknięcie jego psa, skrzypnięcie fotela, gdy zasiada do porannej prasy. Przez szparę w drzwiach wejściowych czuję zapach świeżego pieczywa, które Pani z naprzeciw co rano przynosi na śniadanie. Robi tak dzień w dzień, a powtarzalność tych rytuałów, stukotów, zapachów i skrzypnięć, pajęczyny wzajemnych relacji sąsiedzkich, pozdrowień, mijań się na klatce dwóch wrogo do siebie nastawionych psów i przyjazne śmiechy ich właścicieli, gwar wychodzących do szkoły dzieci, proszę, sąsiadko; dziękuję... Ja Pani zrobię zakupy, idę po swoje... Miłego dnia.... Jak Panu się spało, jak córka, żona.... Słowa są jak sznury pociągające marionetki w teatrzyku zwanym stara kamienica. Jak trybiki, wszystko na swoim miejscu. Powtarzalność sytuacji daje w pewien sposób poczucie bezpieczeństwa, ostoję, fundamenty naszej codziennej egzystencji. Tak sobie myślę, ze gdyby któregoś dnia zabrakło jednego z tych odgłosów, czegoś bezpowrotnie zabrakłoby w naszym świecie....

Mijam pokój, pieszczę spojrzeniem książki, na których czytanie zwyczajnie nie mam czasu, budzę Córkę, wychodzimy.

Miasto już żyje, zależnie od pory roku, ludzie niespiesznie suną po chodnikach lub chyłkiem przemykają od budki do budki w strugach deszczu. Gdy pada, otulam się szalem, gdy świeci słońce, otwieram szerzej okna, ruszam..... Uwielbiam jazdę samochodem. Uwielbiam prowadzić auto. Tutaj, na mojej trasie do przedszkola Dziecka, nigdy nie bywają korki, a droga jest na tyle długa, nie zmusza do ciągłych manewrów, przyhamowań, ślimaczej jazdy. To jest moja droga i moja chwila. Jestem sama ze swoimi myślami w ogromnym mieście, jeszcze nie słyszę jego gwaru, szumu, wrzawy i szaleńczego tempa życia. Jeszcze przyglądam się liściom na drzewach. mgle spacerującej po polach, wiatrowi czeszącemu łąki.

W tej godzinie jestem sama dla siebie. Własna i prawdziwa.

W następnej przynależę już do Miasta.

wtorek, 16 sierpnia 2011

   Jest to przepis z książki Roberta Galińskiego. Pierwszy, który odważyłam się wypróbować.

Uwielbiam książki, nie mogę nigdy się oprzeć zwłaszcza tym kucharskim, gdzie na kredowym papierze nęcą kolorowe zdjęcia. Smakowite zdjęcia. Otwieram wtedy takową, dotykam opuszkami papier, głaszczę wyimaginowany obraz potrawy, wdycham zapach śliskich kartek... wyobrażam sobie.

Więc już jakiś czas temu skusiłam się na kolejną książkę kucharską. I pierwsze co ugotowałam to filety drobiowe zapieczone pod majonezem. Bardzo dobre. Bardzo proste i szybkie.

 

Filety drobiowe pod pierzynką z cebuli i majonezu.

Trzy pojedyncze filety drobiowe pokroić na plastry ok. dwu centymetrowe. Natrzeć solą i pieprzem według uznania i odstawić na ok 1 godzinę. W międzyczasie dwie cebule pokroić w piórka i dodać do filetów.

Po godzinie obsmażyć filety na patelni grillowej. Może być inna, ale należy użyć jak najmniej tłuszczu. Tak przygotowane filety ułożyć w naczyniu żaroodpornym, przekładamy je cebulą (cebula ma pozostać surowa) z marynowania. Mieszamy majonez z kwaśną śmietaną w proporcji 1:1, zalane sosem majonezowym filety piec ok 30 min, na 10 minut przed końcem pieczenia można dodać plastry żółtego sera.

Ja podawałam z kaszą kus-kus i marchewką z groszkiem. Posypane ogromną ilością zieleniny.

Pycha.

środa, 10 sierpnia 2011

Miłość to pamiętanie, że kogoś się kocha, nawet jeśli jesteśmy na tego kogoś wściekli.

K. Grochola

  

   Coś w tym jest. Ostatnio wciąż jestem wściekła na MM. Irytuje mnie to, jak mnie mija w drzwiach i kieruje się od razu do komputera. Irytuje to, jak od niechcenia, przechodząc, klepie po ramieniu, to, jak odruchowo mówi dziękuję, gdy stawiam przed nim talerz parujących pyszności. Irytuje mnie nie wyniesiony kubek, nie wyniesione śmieci, nie złożona koszulka czy nie posłane łóżko. Wchodzi w mój świat poukładany, moją codzienność, tańczy ze mną na tych kilkudziesięciu metrach kwadratowych, kładzie się spać, gdy ja chcę pisać, chrapie, gdy ja myślę i gra gdy ja śpię.

   Wymaga uwagi. Skupienia. Nie odpuszczenia sobie, nie zaniedbania się. Wymaga kompromisów. Wymaga ustępstw.

   Daje spokój. Daje codzienność. Daje powtarzalność dni. Daje ciepło w nocy. Zmusza do myślenia. Do nie zatrzymywania się w miejscu. Do ciągłej uwagi, czujności.

   Podnosi za warkocze do pionu, gdy mi źle. Rani słowami, nie myśląc o tym. Przeprasza. Przybliża się i oddala.

   Nie kocham Go za coś konkretnego. Czasami Go nie lubię. Potrafię żyć bez Niego.

Ale nie chcę.

Od siedmiu lat.

Kocham.

   Znowu siedziałam, pisałam i pisałam, od samego rana. W pracy cisza, spokój, słońce  wygląda zza okna, zachęca do wyjścia na dwór. Jeszcze tylko kilka chwil i, mam nadzieję, zacznie mi się weekend.

Więc pisałam. I znowu coś nacisnęłam.

I znowu wszystko skasowałam. :(

Dawno nie miałam pod palcami klawiatury, na tak długą pisaninę, palce już nie wyćwiczone, zapomniały jak tańczyć po literkach. Ech. Dochodzi południe.

   Wczoraj, po obiedniej burzy, pięknie wyszło słońce. Zrobiło się ciepło, pachnąco, deszcz parował z chodników i skwerków. Postanowiłam wykorzystać tę godzinę, między późnym obiadem a czasem przedsennych rytuałów i zabrać moje Dziecko na plac zabaw.

Pod pajączkiem do wspinaczki, wokół karuzeli i pod zjeżdżalnią stały ogromne kałuże. Żwirek na placu, opłukany deszczówką, zachęcał nęcił maleńkie stopki. Sama pamiętam wieś i ten zapach unoszący się z zza okna, po wieczornym deszczu lub burzy. Cudowny zapach soczystej trawy, parującej wody. Zapach leniwych wieczorów. Zapach świecącego słońca, czystego, wilgotnego powietrza. Pamiętam jak na boso, z roześmianą buzią, biegałam po zroszonej trawie. Pamiętam jak smacznie i dobrze się potem spało przy otwartym oknie.

   Ściągam więc Dziecku buciki. Wędruje radośnie w największą kałużę, inne dzieci idą w ślad mojego, Matki patrzą na to z przymrużeniem oka..... Dzieci budują fosę i jakieś tamy czy jeziorka. Rączki mokre, spódniczki, spodenki, czy co tam które miało, mokre. Majtusie pewnie także Buzie roześmiane...

   Nadbiega Chłopiec. A za nim Głos.

Baw się grzecznie, nie brudź, nie mocz. Masz zabawki to idź do piaskownicy.

Chłopiec nie wykonuje polecenia. Dołącza do pozostałych dzieci budujących teraz już staw. Próbuje zaproponować w zamian za wspólną zabawę swoją łopatkę i wiaderko. Oferta zostaje przyjęta a buciki tuptają w kałuży.

Gdzie się miałeś bawić. Wogóle mnie, Szymon, - poznajemy imię chłopca - nie słuchasz. Idź natychmiast do piasku. Kto ci pozwolił wchodzić do wody. Krzyczy Głos.

Patrzę z powątpiewaniem. Piasek mokry a buciki chłopczyka człapią wodą. Zdjąć albo przebrać...

No idź do piaskownicy. Ponagla głos. Tym razem chłopiec wykonuje polecenie. Mija kilka chwil....

Jezus Maria, jakiś ty brudny. Kto Ci pozwolił do piaskownicy, nie możesz bawić się rozsądnie. Kto to będzie teraz prał, jak ty wyglądasz. Idź na zjeżdżalnię, na karuzelę. Gdzieś, gdzie się nie wybrudzisz i nie zamoczysz.... 

Pod jednym i drugim widnieją malownicze kałuże. Cały plac zabaw usiany jest co większymi kałużami. Matki zaczynają spoglądać na siebie ciekawie, niektóre oglądają się do tyłu, aby zlokalizować Głos. Głos jednak dochodzi z odległości i niestety nie jest widoczny z placu zabaw.

Chłopiec wędruje na zjeżdżalnię. Matki nie kryją już zaciekawienia. Chlupnie kałuża, czy też nie. Jaka będzie reakcja Głosu.

Niestety, nie dane jest nam się przekonać. Chłopiec zatrzymuje się w połowie wspinaczki i kwili coś po cichutku pod noskiem. Nkt tego nie rozumie. Początkowo wygląda to tak,jak by śpiewał czy coś do siebie mówił. Jednak z każdą sekundą jego buzia przybiera coraz bardziej nieszczęśliwy wyraz, a usta wykrzywiają się w podkówkę. I choć żadna z matek nie rozumie tego śpiewu, zaczyna być zauważalne wyraźnie, że coś nie jest w porządku. Chłopiec chyba nie potrafi ani wyżej wejść, ani zejść z drabinki.

Jedna nie wytrzymuje.

Czyje to dziecko. Pyta mnie. Wzruszam przecząco głową, nie mam pojęcia do kogo należy Głos. Dość tego. Jedna z Matek ściąga chłopca z drabinki, Chłopiec teraz już płacze i tuli się niepewnie do jej nogi. Nasze dzieci bawią się, nie zwracając zupełnie uwagi na nic. Płakał: na dól, na dół."

Szymon. Coś ty znowu wykombinował. Dobiega Głos. Czy nie możesz się grzecznie bawić, jak ci każę. Musisz znowu robić zamieszanie. Głos się przybliża. Po co go pani zdejmowała. Skoro sam wszedł, sam by zszedł. To było do Jednej z Matek.

Odwracamy głowy w stronę, z której prawdopodobnie dobiega Głos. Ku nam, alejką, idzie dziewczyna, może dwudziestoletnia, może młodsza. Siostra chyba.... Mówi z powątpiewaniem Jedna z Matek i słychać w jej głosie, że teraz rozumie, że młody wiek tłumaczy Siostrę. I że jej brak doświadczenia ją tłumaczy.

Wszedł, to by sam zszedł. Musi się uczyć. Nie będę przecież chodzić za nim krok w krok. Mam przecież prawo też posiedzieć i porozmawiać z kimś. Gestem wskazuje swojego towarzysza. Widzisz - tu zwraca się do Chłopca - jak wujek sobie znowu pójdzie dlatego że jesteś taki brudny, to będzie twoja wina. Bawić się nie potrafisz. Kto by chciał pilnować takiego brudasa, co bawić się nie umie i nie umie nawet wejść na drabinkę. Do niczego się nie nadajesz i nic nie potrafisz.... Wszystko mi psujesz....

Ale.... - Jedna z Matek nie wytrzymuje.

Głos nie daje jej dokończyć. Zaborczo łapie Chłopca za rękę i ciągnie w kierunku zniecierpliwionego Mężczyzny. Chłopiec kwili coraz bardziej. I proszę się więcej nie wtrącać do mojego dziecka, tylko zająć swoimi....

Z Jedną z Matek patrzymy po sobie osłupiałe. Nasze dzieci bawią się w kałuży. Nóżki mają mokre od wody i brudne od piasku. Ubranka zmoczone. Biegają zupełnie na boso, buciki rzucone gdzieś, a buzie tak rozpromienione, jak by właśnie dostały najwspanialsze zabawki świata. Słońce przyjemnie grzeje, kamyczki chłodzą, ptaki śpiewają a drzewa pachną niedawną burzą. Ziemia paruje i nic i nikt nie zauważa nieszczęśliwego Chłopca z oddalającym się Głosem. Głosem ciągnącym dziecko za Mężczyzną, wyraźnie zniecierpliwionym Mężczyzną. Nasze dzieci, wydaje się, tego nie zauważają.

Mamusiu, dlaczego ta pani nie chciała tego chłopczyka? - Pyta już w łóżku moja córka. - Bo ona go nie chciała. - Stwierdza. - A my byśmy chciały, prawda? Dzieci trzeba chcieć.... Może weźmiemy go od tej pani.... - Mówi już przez sen. - Chciały byśmy.....

Oj, chciały.

Kontakt morrigandor@gmail.com
Top Blogi Mikser Kulinarny - blogi kulinarne i wyszukiwarka przepisów Durszlak.pl