piątek, 21 września 2012

 

   Dzieciństwo to podwórko na krańcu miasta, rzeka za domem, gdakające kury i ogródek przy mało uczęszczanej drodze. To Prababcia idąca w filcowych kapciach z naręczem drew do kuchni, obierająca jabłka na strudel lub mleczny ryż i lepiąca setki pierogów.

To także wieś, puste łąki i ogromne pola, ściernisko po życie, ciepłe mleko na śniadanie i puchowe kołdry na poddaszu. Gliniane dzbanki suszące się na płocie i śnieżnobiałe koszule złożone w kostkę. Pachnący jesienią dym z ognisk, w których pieką się ziemniaki oraz płaskie placki pieczone na kuchennej fajerce.

Dzieciństwo to worki mąki stojące w sieni i wielkie kamionkowe garnce z kiszonymi ogórkami.

 

Po trzydziestu latach pozostały jedynie ślady we wspomnieniach i ten ulotny, właściwy tylko sobie, piękny zapach domowej bułki i marmolady jabłkowej. Po trzydziestu latach, w wielkim mieście, gdzie wszystko można kupić prócz prawdziwego dobrego chleba, a czas jest coraz bardziej towarem deficytowym, stwarzam swój własny świat.

brioszki

   Chleb.

Bułka. Ciasto.

Gdy patrzę, jak rówieśnicy mej córki uważają, że wszystko jest do kupienia w sklepach, jak dzieci sześcioletnie  uważają, że mleko dają kartonowe opakowania, a kurę widują tylko na obrazkach. Gdy słyszę matki mówiące, że życie należy sobie ułatwiać i karmiące dzieci styropianowymi plackami ryżowymi, w imię zasady zdrowego żywienia. Gdy, szukając pieczywa dla alergika, jestem zmuszona wykluczyć z jego diety pieczywo całkowicie, gdyż każde zawiera sztuczne dodatki. Gdy, po przejrzeniu etykiet produktów spożywczych, wszystkie odkładam z koszyka z powrotem na półkę...  Postanawiam upiec własny chleb.

Chleb kamień. Raczej jako narzędzie zbrodni, nadające się do zadania śmiertelnego ciosu, niż do przyrównania do chleba, do jakiego jesteśmy przyzwyczajeni. Chleba miękkiego, dmuchanych bułek, kruszących się na drugi dzień, ale zawsze miękkich, o bielutkim miąższu. Chleb niezrównany w smaku.

Ostatnio jem tylko bułki. Bułki, chleby żytnie z masłem, ciasta z owocami, takie do podskubywania przy każdej okazji, baby drożdżowe i paszteciki. Z własnego pieca. Zwykłego piekarnika w malutkiej kuchni mieszczącej się w starej kamienicy w samym centrum wielkiego miasta.

Ciasto wyrabiam ręcznie, a mąkę kupuję w pobliskim samie. Zbieram książki kulinarne, broszurki, przepisy. Piekę co dzień, często kilka razy na dzień. Córka połknęła bakcyla. Z chlebem jest tak, że gdy się już upiecze ten pierwszy swój bochen, staje się to nałogiem. Ten smak, trudny do zapomnienia, chce się zatrzymać na zawsze i nie można go zastąpić żadnym kupionym w sklepie, obojętnie za jakie pieniądze, pieczywem.

Nie zaczynałam od prostych przepisów. Od razu zabrałam się za zakwas i chleby zakwasowe. Nie jest to wcale trudne. Jako takie doświadczenie w kuchni miałam, więc swój pierwszy zakwas przygotowałam sama, mieszając w kamionkowym garnku równe proporcje mąki żytniej razowej i wody. Dokarmiałam potem zakwas takimi samymi proporcjami co 12 godzin przez pięć dni. Po tym czasie upiekłam pierwszy chleb i był świetny. Miękki, wyrośnięty, pyszny, pachnący... Było to kilka lat po wcześniejszym narzędziu zbrodni.

Dziś piekę, gotuję, eksperymentuję. Uwielbiam skomplikowane przepisy, ale ostatnio nie mam na nie czasu. Korzystałam z nich w czasach, gdy chciałam być idealną gospodynią domową. Ale On nie kochał mnie przez to bardziej, szacunku teściowej, która gotować nie umie, się nie doczekałam, a powieki zaczęły coraz bardziej ciążyć po nieprzespanych nocach i godzinach spędzanych na wyszukiwaniu potrzebnych składników w internecie.  Sięgam więc teraz po proste rozwiązania. Stare, sprawdzone dania mojej Babci i Mamy. 

Niekiedy noce spędzam na pisaniu, czytaniu, słuchaniu muzyki. Zostawiam w kącie niezłożone pranie, a spaceruję po internecie w poszukiwaniu kolejnych inspiracji. Rano budzę Córkę ciepłymi bułkami na  śniadanie, a siebie mocną kawą. Niekiedy świt zastaje mnie przy kuchni, zagniatającą ciasto, albo - gdy jestem na wakacjach - wędrującą po łąkach, zbierającą grzyby czy skąpane w rannej rosie i mgle jagody.

We wszystkim można odnaleźć pasje. Życie może stać się pasją. Ranek spędzony w kuchni, kubek gorącego kakao, zachód słońca nad domem Matki, nawet wspólne odrabianie lekcji, w oczekiwaniu na zapiekane jabłka, malowanie niewprawnymi paluszkami po szkle... Te wszystkie czynności nas określają. We wszystkim odnajdujemy siebie. Jedni uprawiają sport, inni biegają z imprezy na imprezę, a jeszcze inni pasjami pieką chleby. Pasjami gotują.
To jest moje życie. W nim odnajduję szczęście i spokój. Kuchnia, książki, noce do białego rana i piegi na nosie mojej Córki, doskonale widoczne, gdy śpi.

Można kupować pieczywo, można żyć na skróty, gonić za wciąż uciekającym czasem i szczęściem. Ale w takim świecie warto się też zatrzymać, aby dostrzec szczęście znajdujące się blisko. Spróbować coś upiec. Aby choć raz nasz dom wypełnił się tym prawdziwym domowym zapachem. Zapachem chleba. Zapachem ciasta, zapachem bułek. A wtedy nic już nie będzie takie samo. Zwłaszcza bułka z marketu.

Smacznego !!!

środa, 19 września 2012

   Lubię proste rozwiązania, gdy jestem chora. Koc, dobry film i coś do skubania. Muffiny marchewkowe.

Ostatnio sięgam po kino szwedzkie. Jest nieco bardziej ambitne, niż amerykańskie, a ja naprawdę mam dość komercyjnych, nic nie znaczących filmów.

Dzisiejszego popołudnia wybrałam więc Instynkt wilka. Kino szwedzkie. W klimacie Dziewczyny, która igrała z ogniem. Oryginalnej, nie tej późniejszej, wyprodukowanej przez wytwórnię amerykańską.

Nie wiem dlaczego tak bardzo ostatnio nie lubię amerykańskiego kina. Może ma to związek z przesytem pustych scenariuszy, niewiele znaczących historii i bezbarwnych postaci. Nie twierdzę, że każdy film jest do niczego, ale te wielkie superprodukcje rozczarowują mnie jedna po drugiej.

Jest wieczór. Pakuję się do łóżka, a recenzja filmu jutro. Dziś na wieczór zapraszam na muffiny marchewkowe. Do kubka gorącego mleka. Poczęstujcie się, proszę.

 

Ciasto na te muffiny zrobiłam według tego przepisu. Aby jak najbardziej skrócić przygotowanie, wykorzystałam zapasy zamrażarkowe. Tarta, surowa marchew, wrzucona na durszlak i przelana wodą. A ponieważ z szafki wypadł mi zabłąkany, czekoladowy króliczek, został połamany na kawałki i wrzucony do ciasta....
Na obolałe gardło rewelacja :)))

Powinnam je jeszcze polać roztopioną czekoladą, ale ani siły, ani burczenie w brzuchu ani czas mi na to nie pozwoliły. Muffiny zniknęły w błyskawicznym tempie, maczane w gorącym mleku z masłem.

muffiny marchewkowe


   Nie wiem, jak to się dzieje, ale czas ostatnio tak mi ucieka, że praktycznie z niczym nie mogę zdążyć. Zdjęcia na blog, szkoła córki, porządki po remoncie.... wszystko jest w proszku i daleko w tyle za mną. A ja kicham i prycham i chyba mój organizm domaga się odpoczynku...

   Nadal upycham lato i jesień w słoiczki, znoszę stosy książek, na które brakuje mi czasu i robię listy filmów, które zamierzam obejrzeć. Kiedyś, w przyszłości.

pulpety z winnym sosem pomidorowym

Pulpety z winnym sosem pomidorowym:

   Pulpety przygotowałam według przepisu zamieszczonego tutaj.

Cebulę oraz dwa ząbki czosnku drobno posiekałam i poddusiłam na łyżce masła. Cztery dobrze dojrzałe pomidory obrałam, pokroiłam w kostkę i dodałam do cebuli razem z drobno posiekaną świeżą bazylią i odrobiną oregano. Doprawiłam solą, pieprzem oraz papryką w proszku. W miarę upodobań można dodać ostrej papryki odrobinę.

Wlałam pół szklanki białego wytrawnego lub półsłodkiego wina i dusiłam do zgęstnienia sosu.

Przed podaniem doprawić odrobiną cukru, dodał łyżkę śmietany.

Pulpety wrzucić do sosu, podawać z makaronem penne i posypane żółtym serem bądź mozarellą.

 

   I jeszcze dwa słowa na zakończenie.

Jakiś czas temu skusiłam się na zakup takiego oto garnka:

garnek neoflam

   Moim celem, od początku istnienia bloga, było pisanie o rzeczach interesujących mnie. Fajnych i, moim zdaniem, wartych uwagi. Takich, które ja używam i naprawdę jestem z nich zadowolona. O czymś, co mnie interesuje. Co sprawia przyjemność, pomaga, ułatwia pracę, czymś, przy czym moje myśli się zatrzymują.

Tak było i z garnkiem produkowanym przez firmę Neoflam. Któregoś razu, na stoisku ze sprzętem kuchennym, zatrzymał na sobie mój wzrok. Jestem sceptyczna do zachwalań sprzedawców, jednakże w tym przypadku pokusiłam się o kupno.
Jest wart swej ceny.
Piekę w nim mięso, zapiekam sosy, gulasze, zapiekanki, chleby. Smażę konfitury, robię inne przetwory. Nic nie przywiera. Powłoka jest idealnie czysta i gładka. Należy tyko uważać, aby nie porysować dna garnka. Jednakże nie jest to trudne, mieszać często nie trzeba, wystarczy po prostu używać drewnianych łyżek, szpatułek i mieszadeł.
Z myciem nie ma problemów, co prawda nadaje się do mycia w zmywarkach, jednak wystarczy po prostu przepłukać pod bieżącą wodą.

Polecam, pozdrawiam i smacznego dnia życzę :)))))



wtorek, 18 września 2012

   Dziś zwięźle i krótko...
Koc przygotowany, gorąca herbata z sokiem z malin i stos chusteczek. Nie do łzawego filmu bynajmniej. Kichanie, prychanie i kaszlanie dopadło naszą trójkę....

Tak więc na rozgrzewkę zupka krem z dyni.

zupa krem z dyni i gruszek

Zupa krem z dyni i gruszek:

1 kg dni,

2 gruszki,

cebula,

1/2 szkl białego półsłodkiego wina,

kostka rosołu lub ugotowany bulion drobiowy, drobiowo-wołowy,

1/2 szkl śmietany,

oliwa,

2 łyżki masła,

sok z cytryny,

gałązka rozmarynu,

sos tabasco, cynamon do smaku,

gałka muszkatołowa,

gałązka natki,

garść orzeszków ziemnych,

sól

 

   Dynię pokroić na kawałki, usunąć pestki. Ułożyć na blasze, skropić oliwą i piec około 20 minut. Przestudzić, odciąć skórę, pokroić w kostkę. Orzeszki uprażyć na suchej patelni.

Gruszki obrać, usunąć gniazda nasienne, pokroić na kawałki. Skropić sokiem z cytryny. Natkę opłukać, rozmaryn umyć, osuszyć i posiekać.

Cebulę obrać, posiekać, zeszklić na maśle. Dodać gruszki, rozmaryn i łyżeczkę cynamonu. Smażyć około 5 minut.

Rosół wymieszać z winem, zagotować. Dodać dynię, gruszki z cebulą, gotować około 15 minut. Zupę doprawić solą, paroma kroplami tabasco i szczyptą gałki muszkatołowej. Zmiksować. Wlać śmietanę, podgrzać.

Zupę nalać do miseczek, posypać orzeszkami, udekorować natką....

 

Smacznego i zdrowego początku jesieni życzę :)))

piątek, 14 września 2012

chleb żytni

   Dziś bez zbędnych słów. Jeden z pyszniejszych i ulubieńszych moich chlebów. Ostatnio nie ma tygodnia, abym go nie upiekła.

Ciemny żytni chleb polski:
/przepis z bloga Trufli/

Zaczyn:
50g aktywnego zakwasu żytniego
75g letniej wody
75g jasnej mąki żytniej 

Składniki zaczynu dokładnie wymieszać. Pozostawić na 10 - 12 godzin pod przykryciem.


Ciasto właściwe:
cały zaczyn
350g letniej wody
350g mąki pszennej chlebowej,
150g mąki żytniej razowej
1,5 łyżeczki soli (ja używam morskiej),


Wszystkie składniki wyrobić, aby ciasto było lśniące. Nie wyrabiać jednak zbyt długo, gdyż mąka żytnia tego nie lubi. Ciasto ma być luźne.
Miskę przykryć folią i odstawić na 2 - 2,5 godziny w temperaturze pokojowej.

Po tym czasie ciasto wyjąć na lekko omączony blat,  krótko wyrobić, złożyć w bochenek. Dać mu odpocząć kilka do kilkunastu minut, po czym ponownie wyrobić i złożyć bochenek.

Można pominąć tę procedurę, jednakże nadaje ona ciastu sprężystość.

Przełożyć do wyrastania do koszyczka lub formy keksowej. Ja piekłam w garnku rzymskim.

Koszyk z chlebem odstawić do wyrośnięcia na około dwie godziny. Czas wyrastania zależy jednak od temperatury otoczenia, zimą może trwać to nieco dłużej. Aby ściereczka nie przykleiła się do wyrastającego ciasta, najczęściej jego wierzch posypuję mąką lub otrębami.

Piekarnik nagrzać do 200 stopni. Chleb z koszyczka przełożyć na łopatę i wsunąć do nagrzanego piekarnika na nagrzany kamień lub blachę. Chleb w formie po prostu wstawić do piekarnika, przy czym należy pamiętać, iż chleb w garnku rzymskim wstawiamy do zimnego piekarnika i wtedy należy wydłużyć czas pieczenia o jakieś 30 minut.

Piec z parą 40 - 50 minut.

 

Jeśli ciasto jest zbyt luźne, można zmniejszyć ilość dodanej wody. Sądzę, że zależy to od rodzaju użytej mąki. Można także składać chleb dwu, trzykrotnie podczas pierwszego wyrastania.

 

Smacznego.!!!!!

czwartek, 13 września 2012

I plum. Raz i dwa. I trzy i dwa. I plum. I raz i dwa. I od nowa.
Telefon zadźwięczał nową wiadomością.

Zapomniałam. Zapomniałam, znormalniałam. Mówiłam, że kocham. A może kochałam. Może to nie było przyzwyczajenie, nawyk. Może nawet wybaczyłam.

Sprzątałam, gotowałam, wysłuchiwałam zwierzeń, pocieszałam i kurowałam. I miałam dwoje dzieci. Ubierałam, wycierałam noski, wyprowadzałam na spacery, do kina, karmiłam i dbałam. Głaskałam, bo każdy mężczyzna lubi być głaskany, dopieszczany i doceniany.

A ona żyła sobie obok. I kicał do niej potajemnie, jak zajączek, takimi długimi kickami, abym nie mogła ich wytropić. Rosły mu uszy od kłamstw, nosek pozostawał zgrabny. Zupełnie nie jak Pinokio. Ale podobnie. Może ten nosek kurczący się dawał mi znaki. Kicał i potykał się o swoje uszka. Kicał na boki, hopsa sa, i raz i dwa i trzy. I hopsa sa.

Moja koleżanka kiedyś, gdy zastała męża z kochanką w łóżku, kazała zapłacić pani, ponieważ ona czeka z kolacją.

To ona mnie zastała. W moim własnym domu, nad gotującym się garnkiem zupy. Aby, jak przykładna kobieta, podać mężczyźnie obiad. Stałam nad parującym garnkiem zupy i soliłam ją łzami. Stałam z telefonem w dłoni i soliłam łzami zupę.
Nie udławił się. Nie zrobił mi tej przyjemności. Ostatniej.

   To para idealna. Odkąd nauczyłam się piec własny chleb, najlepszym posiłkiem, przegryzką do kawy, śniadaniem, obiadem, kolacją jest właśnie kromka pysznego chleba i dobre masło.....

Cisza. Spokój. Córka w szkole. MM śpi. A ja przeglądam przepisy w poszukiwaniu nowych chlebów....

chleb z siemieniem lnianym i orkiszem...

A tym czasem zapraszam na Chleb z siemieniem lnianym i orkiszem:
/zmodyfikowany przepis z bloga Trufli/

Zaczyn:
150g mąki pszennej chlebowej
188g wody
2łyżki aktywnego zakwasu żytniego

Wszystkie składniki wymieszać, miskę przykryć szczelnie folią i odstawić na 12-16godz. w temp. ok. 21st.C

Namaczanka z siemienia:
70g siemienia lnianego (użyłam jasnego)
210 zimnej wody

Siemię zalać wodą, pojemnik szczelnie przykryć folią, zostawić w temp. pokojowej na ok. 12-16godz

Ciasto właściwe:
cały zaczyn
cała namaczanka
570g maki pszennej chlebowej
80g mąki żytniej razowej
200g mąki orkiszowej chlebowej (jasnej)
370 g wody
20g soli (w oryg. 23g)
opcjonalnie 1/3 łyżCiasto właściwe:
cały zaczyn (minus 2łyżki)
cała namaczanka
70g słonecznika uprażonego na suchej patelni (w oryg. 120g)
770g maki pszennej chlebowej
80g mąki żytniej razowej
352 g wody
20g soli (w oryg. 23g)
2,5 - 3 łyżeczki kminku

 

   Do zaczynu dodać resztę i wyrobić dokładnie na gładkie i lśniące ciasto. Ciasto przełożyć do miseczki i odstawić na 2 - 3 godzin do wyrośnięcia. Składać dwa razy, w celu nadania sprężystości.

Ciasto podzieliłam na dwie części i przełożyłam do keksówek o długości 25 cm, uprzednio wysmarowanych margaryną i wysypanych otrębami.

Ostatecznie wyrastało 5 godzin w temperaturze pokojowej, można jednak zostawić w lodówce na nocne wyrastanie. W tym celu trzeba ciasto umieścić w plastikowej torbie i szczelnie ją zawiązać.

Piec przez ok 40 minut w temperaturze 240 stopni. Jeśli chleb będzie za bardzo się przypiekał zmniejszyć temperaturę do 210 stopni.

   Moja czworonożna puchata wychowanka oczekuje potomstwa. Dziecię się cieszy, a mnie przeraża myśl o kociętach w małym mieszkanku w starej kamienicy gdzieś w środku wielkiego miasta.

Chętnie więc oddam kotki w dobre ręce. :))


Od wczoraj nieprzerwanie pada deszcz. Obudziłam się z trudnym do określenia poczuciem spokoju, jaki dało mi wysprzątane mieszkanie i wielki, stygnący w kuchni bochen. To niesamowite, jak takie drobiazgi wpływają na mój nastrój, postrzeganie rzeczywistości. I nie straszna mi wtedy obojętność MM, jego zdawkowe "słucham cię", gdy w rzeczywistości pochłonięty jest swoim światem.

Drobiazgi są dla mnie ważne. Parująca kawa z kardamonem, zapach stygnącego placka ze śliwkami, uśmiech córki, jej drobna rączka w mojej dłoni, miękkie futerko kota i jego szorstki język o poranku. Zbłąkana na niebie chmurka w upalny dzień, kierowca ustępujący pierwszeństwa, wspólne wieczorne czytanie.....

 

Miłego września...

 

wtorek, 11 września 2012

pulpety w sosie kurkowym

   Danie proste, szybkie i smaczne. Na rozpoczęcie sezonu grzybowego:

 

Pulpety w sosie z kurkami:

   Trzy łyżki tartej bułki namoczyć w odrobinie mleka. Tak aby mleko przykryło powyżej centymetra bułkę. Po kilku minutach dodać 500 g mięsa mielonego (najlepiej drobiowego lub wołowego, ważne aby było dość chude).
Doprawić solą, pieprzem, dodać jajko. Wyrobić. Można dodać siekany koper lub natkę pietruszki.
Formować małe kulki, gotować. Ja z reguły gotuję w urządzeniu do gotowania na parze, ale można wrzucać do wody po obtoczeniu w mące pszennej wymieszanej z odrobiną mąki ziemniaczanej. Zapobiega to "rozwalaniu" się pulpetów.

Cebulę drobno posiekać, poddusić na maśle. Kurki umyć, większe przekroić na pół lub pokroić w ćwiartki, dodać do cebuli, chwilę podsmażyć. Osolić, zalać kubkiem słodkiej śmietany, doprawić tłuczonym (lub świeżo mielonym) białym pieprzem, solą, koperkiem.

Do sosu wrzucić pulpety, podawać z makaronem lub kaszą kus-kus.

Smacznego:))

poniedziałek, 10 września 2012

   Rankiem parzę kawę. Nastawiam wodę i delektuję się ciszą w domu. Szykuję obiad. Kanapki do szkoły. Czytam mejle.

Całuję Córkę w pachnąca jeszcze mlekiem i kaszą buzię. Sięgam po bajkę. Zatapiam się w świat Kubusia Puchatka. Wsłuchuję w odgłosy dzieci zza okna. Oglądam pożółkłe liście na drzewach. Jeszcze nie ubieram rajstop i oddycham wrześniowym powietrzem.

Niedługo zwolnię. Kubkiem herbaty będę celebrować wieczory w domu, a nocą oglądać zaległe filmy. Ale jeszcze znoszę do domu kosze warzyw, w kuchni pachnie octem z cukrem i kurkumą, obiadami przygotowanymi naprędce.

ciasta z owocami

   Na progu jesieni uwielbiam piec ciasta z owocami. Piaskowe, drożdżowe, kruche.... Mnogość i bogactwo straganów nie pozwalają mi przejść obojętnie. Warzywa i owoce zalegają w każdym kątku mojej kuchni, mnie wciąż brakuje czasu, a Rodzinka nie nadąża z konsumpcją. Rozdaję więc własne wyroby po znajomych, częstuję i roznoszę w każde miejsce do jakiego się udaję :)))

Na zdjęciu są moje dwa ostatnie wypieki. Dziś przepis na jedno.
Pachnie wspaniale. Zapachem kaszy z dżemem. Zapachem, który jeszcze kojarzy mi się z moim dzieckiem. Choć w oryginalnym przepisie nie było, dołożyłam do niego jabłka pokrojone w plasterki..... posypałam cukrem. Jadłam jeszcze ciepłe, choć radzę poczekać aż całkiem ostygnie. Wychodzi mało, jest to jednak złudne, wspaniale rośnie. Radzę więc wybrać nieco większą formę. Ja piekłam w szerokiej, krótkiej i niskiej keksówce.

jogurtowe z jabłkami


Jogurtowe ciasto z dżemem i jabłkami:

   Należy dobrze utrzeć 3 jajka, dodając 180 g cukru i cukier waniliowy. W następnej kolejności dodałam serek waniliowy Bakuś (150 g), można dodać jogurt owocowy, naturalny lub po prostu śmietanę. Delikatnie, na małych obrotach utrzeć.

Dosypujemy 300 g mąki i 2 łyżeczki proszku do pieczenia. Na samym końcu wmieszać 60 g płynnego, ostudzonego masła.

Wyłożyć na wysmarowaną tłuszczem lub wyłożoną papierem blachę. Po wierzchu wmieszać dżem owocowy.

Ja dodatkowo włożyłam plasterki jabłek, posypałam lekko cynamonem i cukrem w granulkach do wypieków. Można do ciasta dodać kawałki czekolady, posypać kruszonką.

Piec godzinę w 170 stopniach.

 
1 , 2
Kontakt morrigandor@gmail.com
Top Blogi Mikser Kulinarny - blogi kulinarne i wyszukiwarka przepisów Durszlak.pl