sobota, 01 września 2012

   I oto jest. Nadszedł nieubłaganie, przez jednych wyczekiwany, przez innych nie - pierwszy września. Nowy rok szkolny. Ja, zapewne jak wielu z nas, wracam w stary, utarty tryb życia. Przesiadywanie na placach zabaw i miłe ploteczki z sąsiadką z ławki to już tylko wspomnienie. Teraz zostaje poranne wstawanie, praca, szkoła, obowiązki. Ale także i blogowanie takie jak lubię, zimnym wieczorem film i ciepła herbata z pigwą, popołudnia spędzane nad parującymi smakowicie garnkami, książka, spadające liście, ostatnie promienie słońca w uwiędłych trawach.....

Jesień....

cukierki z cukru

   Zdjęcia są kiepskiej jakości. Robiła je Moja Mama. Na koniec wakacji Ojciec zrobił nam niespodziankę. Przed samym wyjazdem do domu wyjął płytę granitową, taką ogromną, jak do pieczenia chleba, do garnka wsypał cukier, nalał wodę i ... wyczarował piękne, odpustowe cukierki. Takie zapomniane już, jak w moim dzieciństwie...

 

Receptury zdradzić dokładnej nie chciał, patrząc na cały spektakl praca przy nich wydawała się dość łatwa, jednak ja nigdy nie pokusiła bym się sama na ich przygotowanie. Jednak... wyglądało to bardzo spektakularnie, a moje Dziecko z uciechy klaskało w rączki.

 

Miłego początku września życzę :))))

środa, 29 sierpnia 2012

merida waleczna

Jak już mówiłam, mam dość komercyjnych filmów. Jakże miło więc zaskoczyła mnie "Merida waleczna". Wybrałam się na nią zupełnie przypadkowo. Mój chrześniak przyjechał do mnie na koniec wakacji, a że chciał do kina, pozwoliłam córce wybrać coś dla niej i, chcąc, nie chcąc, poszłam razem z nią.

Już po pierwszych minutach filmu byłam oczarowana. Bajeczką włączoną na rozpoczęcie. Muzyką do niej dobraną, ciepłem płynącym z ekranu. Nie spotkałam się wcześniej z krótkometrażowymi bajkami przed seansem. Ta była wyjątkowa. Nosiła tytuł "La strala" i była o malutkim chłopczyku sprzątającym z księżyca spadające gwiazdy. Niby żadna treść. Ale taka pozytywna energia płynąca z tak krótkiego przekazu nieczęsto się zdarza.

merida waleczna

Merida...

Przyznam, że w pierwszej chwili zupełnie nie spodobał mi się rozwój wypadków. Sądziłam, że Merida zrozumie prawdy głoszone przez Matkę w inny sposób. Ale... Jakże miło było oglądać jej walkę o ocalenie Mamy. Jakże powoli można było dostrzec miłość jaką Merida odnajduje w sobie. Miłość do Matki, przywiązanie do Tradycji, siłę i mądrość legend Jej Klanu....

Jest to niewątpliwie film dla Matki i Córki. Pokazuje, że pomimo różnicy zdań, pomimo kłótni i nieporozumień, nić je łącząca jest nierozerwalna. Niczym. I że zawsze porozumienie można odbudować. Że zawsze można o nie zawalczyć. Niekoniecznie uciekając się do tak drastycznych środków jak Merida...

Film ten zaskakuje także pod innym kątem. Nie nawiązuje do sytuacji zrozumiałych tylko dorosłym. Mało jest odnośników do naszego świata, rzeczywistości, w jakiej przyszło nam żyć. Film ten jest zrozumiały także dla dzieci, czego nie można powiedzieć o wcześniejszych podobnych produkcjach. W tamtych pojawiało się wiele aluzji, które bajkę przeznaczały dla starszego już widza.
Meridę mogą oglądać dzieci, jeśli tylko wytłumaczy im się gniew głównej bohaterki, jej walkę o własne zdanie i poświęcenie Matki.... A to zrozumie każdy kilkulatek.



22:57, morrigan23 , film
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 28 sierpnia 2012

   MM wybiera ostatnio mało ambitne filmy. Oglądamy komercyjne produkcje, realizowane z wielkim rozmachem i mało ambitne. Szukam czegoś dla siebie. Szukam. Niedługo pierwszy wrzesień. Wtedy będą filmy dla mnie, wtedy będzie czas dla mnie i czas dla bloga. Czas na lektury i czas na gotowanie.

    Łapię ostatnie dnie wakacji, zwiedzam miasto. Poznaję ostrów Tumski i uliczki wokół Placu Solnego. Odkryłam nawet miłą księgarenkę. Mają przystępne ceny i ogromny wybór książek. Kucharskich także. Już nie mogę się doczekać, gdy we wrześniowych promieniach, zatopiona w lekturze, będę sączyć latte z białą czekoladą i skubać własnego wypieku bułeczki lub zajadać się ciastem. Resztkami okruszków nakarmię spacerujące po deptaku gołębie. A w ciepłym domu rozgrzeję piekarnik i włożę do niego kolejny piękny bochen. Lub spędzę kilka godzin na przygotowaniu sosu idealnego. A dziś nie mogę sobie pozwolić na długie wpisy, gotowanie wymyślnych dań, czytanie opasłych tomiszczów. Dziś sprzątam, tapetuję i urządzam. Biegam po sklepach w poszukiwaniu wyprawki szkolnej, kupuje podręczniki, odwiedzam po kolei wszystkie festyny, zaopatruję się w nowe garnki, miseczki i przepiękną bolesławiecką porcelanę. Dziś mówię wszystkim miłego końca wakacji i zwalniam obroty przed wrześniem...

 


środa, 22 sierpnia 2012

    Będąc małą dziewczynką robiłam lalki z trawy. Wiązałam kolorową nitką główkę, włosy, oddzielałam rączki, robiłam sukieneczki. Gdy brakowało materiału na ubranka dla laleczek, rysowało się takie ubranka z papieru i ubierało papierowe lale. Oszczędnie, na brzeżku kartki, ubranko przy ubranku, gdyż papier także był towarem deficytowym. Moja mama przynosiła mi z pracy stare faktury, papiery, zadrukowane po jednej stronie, a ja, na tej czystej, dobrej, rysowałam właśnie laleczki, projektowałam pierwsze kolekcje sukien wieczorowych i marzyłam, że kiedyś moja córka będzie miała lalek, ubrań i materiałów do wyboru.

Moja córka dziś ma wszystko, czego siedmioletnia dziewczynka może potrzebować. Nie rozumie ograniczeń, jakie rządziły naszymi zabawami, lub zabawami naszych mam. Wyciąga rączkę i sięga po jedną z wielu leżących na kupce kartek papieru, rzuca w kąt jedną z wielu znajdujących się w jej koszyczku kredek i zostawia na ogródku jedną z wielu ulubionych lal.

   Dziś rano znowu obudził mnie szum za oknem. Ściana deszczu otaczająca dom. Niczego nie można było dostrzec poprzez lejącą się wodę. Zabudowań płotów, domostw sąsiadów, drzew... zupełnie niczego. Po pół godzinie ulewa ustała tak samo niespodziewanie jak się rozpoczęła. I tylko parująca wodą ziemia przypominała o niedawnym kataklizmie. I brak prądu. Prądu nie było już przedwczorajszego dnia wieczorem. Może dzięki temu MM, który nie podarował by sobie komputerowania, pojechał z nami nad wodę. Jak urlop to urlop.

   Moje dziecko wyciągnęło skakankę, gumę do skakania, kręgle. Rozrywki, którym my, jako małe dzieci, oddawałyśmy się z upodobaniem. Opowieścią przenosiłam ją w inny świat. Mówiłam o lalkach z trawy, o balii z wodą zamiast dmuchanych kolorowych baseników zalewających na początku lata marketowe półki. Opowiadałam o budowanych na rzece tamach zamiast basenów, o samodzielnie szytych przytulankach. Opowiadałam o tęsknym wyczekiwaniu na lalki Barbie, o tym, jak każda dziewczynka marzyła, aby mieć spódniczkę dźinsową albo jeszcze lepiej kurtkę.

W pewnym momencie rozpędziłam się nieco za bardzo i próbowałam unaocznić córce świat jej Babci. Zupełny brak zabawek, pomarańcze tylko na święta, ubrania znoszone. Moje dziecko słuchało niezwykle uważnie. Bardzo uważnie, powiedziała bym. Cieszę się, że tak uważnie mnie słucha.
W pewnym momencie pyta: - Mamo, to skoro Babcia nie miała zabawek, a ty coś miałam, dlaczego nie podzieliłaś się ze swoją mamą. Przecież trzeba się dzielić.

 

poniedziałek, 20 sierpnia 2012

   Jest to wypiek doskonały. Piekłam go już kilkakrotnie, za każdym razem nieco zmieniając proporcje mąki i przypraw. Zawsze wychodzi. Formuje się w piękny bochenek nawet przez tak niewprawne ręce jak moje. Ma miąższ o regularnych, drobnych dziurach, nie kruszący się jak sklepowe bochenki. Smakiem przerasta pieczywo każdej piekarni. Zioła można pominąć, można zastąpić innymi. Ja zwykle wybieram coś z duetu: czarnuszka, kminek.

Posiada jedną, jedyną wadę. Jako pieczywo na drożdżach krótko zachowuje świeżość. U mnie w domu jednak znika nim zdąży dotrwać do kolejnego dnia :))))

chleb na rożdżach biały

 

   Chleb pszenny na drożdżach:

Zaczyn:

100g mąki pszennej chlebowej,

100 g letniej wody,

2/3 łyżeczki suszonych drożdży

 

Mąkę wymieszać z drożdżami, dodać wodę (musi mieć temperaturę pokojową, lub nawet być nieco letnią - zbyt zimna woda opóźnia proces fermentacji i ciasto nie wyrasta. Jeśli ktoś miał dziecko to temperatura podawanego niemowlęciu mleka) :))))

Miskę przykryć ściereczką i odstawić w temperaturze pokojowej na 3 - 4 godzin, aż na powierzchni utworzą się pękające bąbelki. Gdyby ten proces nie nastąpił po czterech godzinach, należy czas rośnięcia przedłużyć o kolejną godzinę.

Ciasto:

cały zaczyn

255 g wody o temperaturze pokojowej,

2/3 łyżeczki drożdży instant,

1/2 łyżeczki mielonych przyoraw (kminek, czarnuszka),

400 g mąki pszennej zwykłej,

100 g mąki razowej żytniej,

1 łyżeczka soli morskiej.

 

   Do gotowego zaczynu dodać resztę składników i dokładnie wyrobić ciasto. Powinno odstawać od ścianek miski oraz od ręki. Uformować kulę i odłożyć w misce na 2 - 3 godziny w ciepłym miejscu do rośnięcia. Ciasto powinno podwoić a nawet potroić swoją objętość. Nie należy jedynie stawiać ciasta na gorącym piecu lub grzjniku.

Po wyrośnięciu ciasto rozpłaszczyć dłońmi w okrągły placek. Brzegi ciasta zawijać do środka za każdym razem lekko dociskając. Ja piekłam w ceramicznym, dużym garnku, wyłożonym papierem do pieczenia. Można jednak nie formować bochenka a ułożyć ciasto w walec i upiec w formie keksowej, należy jednak przy tym pamiętać, iż z takiej formy trzeba zaraz po lekkim przestudzeniu wyjąć wypiek. W przeciwnym wypadku chleb nabierze metalicznego posmaku, a skórka od blachy przejdzie wilgocią.

Przygotowane ciasto układamy w formie, a formę wkładamy na 3-4 godzin do lodówki. Po tym czasie ciasto powinno pięknie wyrosnąć, jeśli tak się nie stanie przedłużamy rośnięcie o kilka minut, do godziny.

Na 30 - 60 minut przed wyjęciem chleba z lodówki nagrzewamy piekarnik do 230 stopni.

Polecam przed włożeniem chleba spryskać ścianki piekarnika wodą, gdy piekarnik jest naparowany, skórka chleba lepiej się piecze.

Chleb pieczemy 30 - 35 minut.

 

Smacznego.

 

Chleb drożdżowy

   Powroty do rodzinnego domu mają w sobie coś magicznego.

Dziś od rana, razem z córką, z wypiekami na twarzy, pochylone nad ogromnym pudłem, przeglądamy moje stare, odkopane przez Mamę książki. Te pierwsze, te, gdy tylko nauczyłam się czytać i wszyscy wokół, widząc moją miłość do słowa pisanego - zasypywali mnie prezentami-książkami. Nie pamiętam kiedy to się zaczęło. Tak w okolicach pierwszej klasy, czyli w wieku, w jakim jest teraz moje Dziecię.

Dziś kolekcjonuję nieco poważniejsze lektury, ostatnimi czasy głównie kucharskie, lecz jeszcze kilka lat temu każde dodatkowo zarobione pieniądze wydawałam na zakup książek. Czytywałam prawie wszystko. Klasyka, beletrystyka, z namiętnością czytałam lektury nadobowiązkowe oraz dodatkowe wskazane przez polonistkę. Nie wynikało to z umiłowania do nauki. Uczyć się nie lubiłam jak każdy normalny nastolatek. Wynikało to z miłości do książek. Ale dzięki temu zostałam zwolniona z ustnej matury, której to zapewne nota bene bym nie zdała, gdyż teoria wchodziła mi wyjątkowo opornie. Natomiast na temat przeczytanej powieści mogłam się rozpisywać na setki stron.

   Pokaźny stosik został odłożony, a Córka wertuje książki, jak ja niegdyś, z wypiekami na twarzy. Nieporadnie składa pierwsze słowa i zdania. Odkłada z namaszczeniem książeczki, zafascynowana, że to jeszcze mamine.... takie stare.

   A ja sięgam po niedawno nabyte książki kucharskie. Zabrałam je na urlop celem przetestowania przepisów, lecz u Mamy w domu gusta kulinarne są zbyt konserwatywne. Chyba będą musiały poczekać na lepsze czasy, czyli na koniec urlopu :))) A tym czasem woła mnie ogród, opadające już maleńkie gruszki, jeżyny, jagody..... trawa i woda w basenie.

Dzisiaj, po powrocie z rannych zakupów, czekała na mnie kolejna niespodzianka. Wygrana jakiś czas temu w konkursie blogowym, zupełnie nowiutka książka kulinarna. :))) Obejrzałam ją gładząc kartki i pieczołowicie zapakowałam do torby podróżnej, za tydzień, w domu, wielkie gotowanie :)))


Pozdrawiam letnio, urlopowo, słonecznie.....

piątek, 17 sierpnia 2012

   Wieczory pachą nadchodzącą jesienią i dymem ognisk z sadu. Nad rzeką cykają świerszcze, a za płotem gęgają gęsi.
Przywitał mnie merdający ogon jamnika mamy i skoszona trawa w ogrodzie. Może to hamak zawieszony dla mnie na drzewie, a może wspomnienia późnego lata.... a może zmrok czający się już po godzinie dwudziestej. Ogarnia mnie nostalgia. Zawsze w takich chwilach. U schyłku lata, w szare zimowe wieczory. Ogarnia moje serce, ścina lodem i wspomnieniami.

   Na pocieszenie, na odegnanie smutków, piekę ciasto. Słodkie, śliwkowe, z kruszonką albo polewą. Na pocieszenie zjadam miseczkę lodów. Na pocieszenie sięgam po książkę. Czytam, zatapiam się głęboko w fotelu i znikam w całkiem nowym świecie.... Na pocieszenie, na odegnanie myśli, lepię pierogi.... setki pierogów....

 

pierogi z jagodami

 

Pierogi z jagodami:

Nie potrafię podać dokładnego przepisu na pierogi. Z moim gotowaniem jest tak, że właściwie nigdy nie korzystam i nie trzymam się ściśle receptur. Po prostu, wiem, jak co się robi i mieszam wszystko, aż powstaje smaczna całość. Nie wiem jednak, czy na etap niefrasobliwości w kuchni można sobie pozwolić po latach ścisłego trzymania się receptur. Na wyczucie w kuchni.

A ciasto na pierogi robię tak:

Mąkę przesiewam. Używam tej do pierogów, czyli typ 550 albo i 650. Najchętniej Basia lub Lubella. Do mąki dodaję jajko. A dokładniej żółtko i tylko nieco białka, gdyż całe białko sprawia, że ciasto twardnieje. A ciasto na pierogi powinno być elastyczne i delikatne. Dodaję także łyżkę, dwie oliwy bądź dobrego oleju roślinnego. Oraz ciepłej wody i soli szczyptę. Zagniatam dość gęste i zwarte ciasto.

Jagody ze słoika odsączam na sicie nad garnkiem, szkoda soku. Mieszam je z cukrem, odrobiną tartej bułki. Ciasto rozwałkowuję na placek, szklanką wykrawam koła.  Lepię zgrabne pierożki.

Gotuję minutę od wypłynięcia. Podaję ze śmietaną i cukrem :)))))

 

A wieczorem późnym, gdy Dziecko już śpi, robię herbatę i zaklinam noc.

Miłego wieczoru wszystkim buszującym w sieci. Do przeczytania.....


czwartek, 16 sierpnia 2012

orkiszowy na miodzie

Białe noce.

Pakuję się, sprzątam. Pokój tonie w strzępach tapet, pachnie klejem, lato umyka. Owoce wysypują się z koszyków, słoików, chleb trzeszczy na piecu....


Białe noce...

Pakuję się. Łapię ostatnie dnie lata i wyjeżdżam na urlop. Brakuje mi łąk, lasów, zapachu grzybów. Pakuję się i wyjeżdżam, a serce zostaje tutaj.

orkisz na miodzie

Dziś chleb dobry, słodkawy, łatwy. O pięknych, regularnych dziurach, cudownym kolorze, chrupiącej skórce. Piekę go w keksówce 30-sto centymetrowej. Wychodzi zawsze.

Chleb orkiszowy na miodzie:

Zaczyn:

50 g zakwasu żytniego,

75 g mąki orkiszowej (ja używam mąki z gdańskich młynów),

100 g wody w temperaturze pokojowej,

 

Wszystko ładnie razem wymieszać łyżką i odstawić na 12 - 24 godzin.

 

Ciasto właściwe:

275 g wody w temperaturze pokojowej,

4 łyżki miodu,

500 g mąki orkiszowej,

1 łyżeczka drożdży suszonych instant,

1,5 łyżeczki soli morskiej

 

Składniki ciasta wymieszać z zaczynem, zagnieść aż ciasto będzie miękkie i gładkie.

Odstawić do fermentacji na około 2 godziny. Ciasto powinno podwoić swoją objętość. Jeżeli nie podwoi powinno się wydłużyć czas fermentacji.

Ja piekę ten chleb w garnku rzymskim. W tym celu namaczam go uprzednio w zimnej wodzie przez 20 minut, wycieram do sucha ściereczką, spryskuję olejem, wysypuję otrębami i układam ciasto. Można do pieczenia wykorzystać keksówkę, taką 35 centymetrową. Należy pamiętać, że ciasto dość dobrze rośnie.

Odstawiamy do wyrośnięcia na około 1,5 godziny. Piec w 230 stopniach przez około 40 minut. Można spryskiwać piekarnik wodą, przy Naparowaniu piekarnika chleb ma bardziej chrupiącą skórkę.

Jeżeli pieczemy w keksówce blaszanej, zaraz po wyjęciu chleba z piekarnika należy wyjąc chleb z formy. W przeciwnym razie chleb przechodzi smakiem blachy. Z garnka rzymskiego wyjmuję chleb po prawie całkowitym wystygnięciu.

 

Chleb drożdżowy

 

A na zakończenie zapraszam wszystkich w tę niedzielę na Kuźniczą do baru Kalaczakra. Po raz kolejny odbędzie się kiermasz wyrobów rękodzielniczych.

 

kalaczakra

 

kalaczakra

poniedziałek, 13 sierpnia 2012

   Przyznam, że z niepokojem oraz pewną dozą niecierpliwości patrzę na żółknące powoli liście drzew. Jeszcze nie tak dawno przypominam sobie trawniki usypane kwiatami, zapach pierwszych kwiatów.... A dziś biegam w poszukiwaniu wyprawki szkolnej dla córki.

Już od dawna nie lubię końca wakacji. Któż lubi. Nie lubię poczucia, że coś się kończy. Coś nowego zaczyna, ale jest to niby tak odległe, tak niepewne.... Brakuje mi czasu z Córką, czasu na sprawy do załatwienia aż robią się niezwykle zaległe... czasu na delektowanie się spokojem, dobrą książką i gorącą kawą.

Rano, w biegu, sięgam po filiżankę. Pomiędzy jednym ciastem a drugim. Pomiędzy wsadzeniem do pieca bułeczek a przełożeniem do formy chleba. Pomiędzy zamiataniem mieszkania a wieszaniem prania. Pomiędzy mieszaniem konfitur wiśniowych a obieraniem ogórków na sałatkę....

Zbiera się zwykle tego pomiędzy tak, że brak mi czasu na blogowanie, jakie lubię. Na pisanie, na czytanie, na pracę.

   Spaceruję jednak po rynku, oglądam wystawy, jarmarki rękodzielnicze, karmię gołębie. Wsiadam w samochód i odwiedzam park na drugim końcu miasta. Piszę do koleżanki i wychodzimy do kina. MM wychodzi do pracy, a ja, przy muzyce i filiżance kawy z chilli nastrajam się nocami na kolejne szalone dnie.

 

 

 

 

 

 

 

Miłego wieczoru wszystkim buszującym w sieci :)))

niedziela, 12 sierpnia 2012

Głos spikera brzmi cicho i monotonnie. Przygaszone światła, szepty na sali, niecierpliwe oczekiwanie na film. Dzieci umawiają się na lody.
Nie przyjechali. Jej twarz tężeje. Nie zadrga nawet najmniejszy mięsień. Uwierzysz, tak po prostu nie przyjechali. Powiedziała, że nie ma zlecenia od osoby pełnoletniej.

Głos ma mocny. Brzmi obco. Słowa zaczynają płynąć z prędkością pocisków. Urywane zdania. Chaotyczne. Mówione w pustkę ciemnej sali kinowej.


Dusił się. Osa chyba go ugryzła. Szpital był dwieście metrów dalej. Chłopcy grali w piłkę. Pobiegli do szpitala. Dyspozytorka powiedziała, że nie są pełnoletni, niech idą po kogoś pełnoletniego. Lekarz stał obok niej. Chłopcy mieli tylko po siedemnaście lat. Ona nie ma zlecenia. Nie wyśle lekarza. Dusi się.... To niech się pospieszą. Albo zadzwonią na pogotowie. Ale ktoś dorosły. A on leżał na ławce. Nie mógł oddychać. Znaleźli dorosłego. Jak wyszli ze szpitala, jeden siedział przy ojcu a drugi chłopak szukał dorosłego, który by się zgodził zadzwonić na pogotowie. Pogotowie przyjechało po pół godzinie od zgłoszenia. Z drugiego końca miasta. Ojciec już nie żył..... A ona nie miała zgłoszenia.

Światła przygasają. Film się zaczyna. Jej twarz się rozluźnia.

Szpital był dwieście metrów obok....

Dodaje jeszcze w przestrzeń.

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 17
Kontakt morrigandor@gmail.com
Top Blogi Mikser Kulinarny - blogi kulinarne i wyszukiwarka przepisów Durszlak.pl